Wpisy

  • sobota, 23 listopada 2013
    • Tool - idealny towarzysz niedoli.

      The Soundtrack Of My Life...Tool. Za dużo popu ostatnio było. Zawsze gdzieś to gra w tle życia, ale raczej się czymś takim nie żywię, gdy wybieram muzykę do poważnej konsumpcji i przeżywania. Wiadomo słodycze też się zdarzają, ale nie należą do dań głównych. Co innego Tool. Wobec ich muzyki czuję się bezradny. Nie potrafię o niej pisać. Brakuje przymiotników. Słucham ich płyt dziesiątki razy i dopiero po 5 lub 6 razie jest jakaś większa satysfakcja z obcowania z tymi dźwiękami a właściwe zrozumienie znacznie później. 'Lateralus' był moim towarzyszem niedoli kilkanaście lat temu. Ile kilometrów z tą muzyką w słuchawkach zrobiłem, nigdy nie zliczę. Ale po wielokrotnym przesłuchaniu całości była wielka nagroda. To prawdziwa muzyczna uczta, która często w życiu się nie zdarza. I jakoś mi nie przeszkadza, że grają tak jakby słońce nie istniało.
       
       
      
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      sobota, 23 listopada 2013 21:33
  • poniedziałek, 18 listopada 2013
    • Perła z LP3.

      The Soundtrack Of My Life...Propaganda. Zdarza mi się tak, że ni stąd, ni zowàd zaczyna za mną chodzić piosenka, którą ostatni raz słyszałem 20 lat temu. W niepojęty sposób odtwarza mi się w głowie melodia i tekst i nie mogę się od tego uwolnić. Jak mam czas, sprawdzam czy to gdzieś jest na youtube i sporadycznie zdarza się taka niespodzianka, że po raz pierwszy w życiu oglądam video do piosenki, którą znam od wielu lat. Wtedy uruchamia się ta niezwykła machina pamięci i wracają do mnie niektóre z myśli i emocji z chwili, gdy słyszałem to pierwszy i kolejne razy. 1990 rok, pojawia się  druga płyta zupełnie nieznanego mi zespołu Propaganda. Nigdy bym jej nie usłyszał, gdyby nie "Trójka". W Wielkiej Brytanii ledwo doczołgali się do Top 40 a u nas dwa numery jeden "Heaven Give Me Words", "Only One Word"- zupełnie zasłużenie, bo wtedy u nas ważniejsza była jakość muzyki a nie komercyjny potencjał. Potem niestety gdzieś przepadli. I nie wrócili. Aż się boję pomyśleć,  jak dzisiaj wygląda wokalistka Betsi Miller. Czasami zachodzę w głowę, jak to się działo, że tylu nieważnych na świecie artystów dzięki "Trójce"  u nas zostawało gwiazdami w tamtych czasach. Chyba po prostu chodziło o dobre piosenki, których trzeba było poszukać nieco głębiej. A wszystko to działo się w czasach, gdy notowania lp3 zapisywało się w zeszycie i  regularnie tropiło się MTV, Billboard i UK Top 40 w poszukiwaniu prawdziwych pereł. Oto jedna z nich.
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 listopada 2013 20:51
  • środa, 13 listopada 2013
    • Najlepsza gitarowa solówka w popowej piosence?

      The Soundtrack Of My Life...'Moonlight Shadow'. Słoneczne popołudnie na terenie Krajowego Przedsiębiorstwa Gospodarstw Ogrodniczych, lato 1983 lub 84. Po wysokiej trawie w pobliżu budynku działu elektrycznego idzie niesiony wiatrem dźwięk wychodzący przez otwarte okno z radia w warsztacie mojego taty. To była właśnie ta piosenka. Po 30 latach brzmi tak samo świeżo. To w zasadzie utwór gitarowy, pamiętany głównie dzięki eterycznemu wokalowi Mary Reilly. Ale dla mnie główna atrakcja tutaj to solówka. A w zasadzie dwie, jedna przechodząca w drugą, najpierw zagrana na 'czystej' gitarze a potem z przesterem. Prawie 50 sekund rzadkiej przyjemności, dzisiaj w popie nie do pomyślenia. Ale właśnie dzięki takim odważnym jak na mainstream pomysłom piosenka żyje w obiegu ponad 30 lat. A wersja sześciominutowa jeszcze fajniejsza.
       
      
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      środa, 13 listopada 2013 21:45
  • niedziela, 10 listopada 2013
    • Osobna Tori

      The Soundtrack Of My Life...Tori Amos. Miałem kiedyś takie spotkanie w kawiarni, że zupełnie straciłem zainteresowanie tym, co mówił rozmówca i zostałem pochłonięty przez muzykę odtwarzaną w tym lokalu. Poczułem się przymuszony zapytać obsługi, co grają. Odpowiedź brzmiała-Tori Amos. To rzeczywiście idealna muzyka do tworzenia niesamowitego klimatu. W najlepszych wykonywanych przez siebie utworach Tori robi cudowną muzykę z niewielu, ale za to doskonałych składników:swojego niepowtarzalnego głosu i instrumentów klawiszowych, w szczególności Bösendorfera. Ten utwór Depeche Mode, tak skrajnie różny od oryginału staje się w jej wykonaniu przejmującym wyznaniem. Pozorny dysonans między niepokojącymi zwrotkami a intymnym refrenem Tori rozgrywa po to, aby wciągnąć słuchacza w swój kosmos. Całkowicie zespolona z instrumentem, podając kolejne zdania tekstu dokonuje dekonstrukcji tej znanej piosenki tworząc z niej zupełnie nową jakość. To muzyka pompowana do żył, rozchodząca się po całym ciele, do słuchania całą jaźnią w pełnym skupieniu. Niby tylko głos i instrument, a jednak to kompletny osobisty świat- bogaty, ale raczej dla tych wybranych,  którzy są na tyle otwarci by zaakceptować jego osobliwość.  Paradoksalnie przepaść między oryginałem a coverem, pokazuje jak znakomita i uniwersalna jest kompozycja Depeche Mode. Zainwestujcie te 3 minuty w naprawdę głębokie przeźycie. Ale mnie poniosło językiem polskim.
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 listopada 2013 22:42
  • sobota, 09 listopada 2013
    • Bruce The Almighty?

      The Soundtrack Of My Life...Bruce Springsteen. Znam sporo osób, które kompulsywnie słuchają muzyki, ale nie znam nikogo poza mną, kto przyznaje się do słuchania Bruce'a Springsteena(kiedyś mój tata słuchał, ale nie nałogowo). To jest wielkie i niewybaczalne przeoczenie ich wszystkich. Jeśli chodzi o mnie, to sporo artystów lubię za jeden lub kilka numerów, które dostarczyły mi i mojej żonie paru niezapomnianych chwil, innych za cały album, bądź kilka a tego człowieka cenię za postawę. Od 40 lat gra swoją muzykę i cały czas nagrywa świeże i wciąż wielkie płyty (jak ostatnia 'Wrecking Ball'). Nigdy nie mizdrzył się do szerokiej publiczności, ale zawsze szanował swoich słuchaczy. To niby zwykły facet, który nie gwiazdorzy, a jednak jest obdarzony niesamowitą charyzmą. Na scenie generuje niesamowitą energię. Jak się na niej  pojawia, momentalnie elektryzuje. Wystarczy, że wyjdzie, zagra i zaśpiewa i czujesz, że w tym momencie nic innego się nie liczy i niczego więcej nie potrzeba. Wykonuje swoje utwory w niezwykle emocjonalny sposób, gra i śpiewa całym sobą, dlatego wersje koncertowe jego piosenek są prawie zawsze lepsze od studyjnych. I choć zapełnia stadiony, potrafi w dniu koncertu wyjść na miasto z gitarą i zagrać i zaśpiewać dla przypadkowych słuchaczy. Ostatnio odkryłem, że w pewnych sytuacjach ciary idą nie tylko po plecach, ale i po twarzy i całych ramionach. Dzieje się tak na przykład gdy słucham 'Tougher Than The Rest'. Polecam przetestować.
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      sobota, 09 listopada 2013 21:16
  • środa, 30 października 2013
    • Dzieciństwo w latach 80.

      The Soundtrack Of My Life...beztroskie lata 80. Jak to było możliwe, żeby w tak ciemnej komunie, o której  mówi się dziś tylko i wyłącznie źle, przeżywać tak szczęśliwe dzieciństwo? A jednak. Po prostu wtedy niewiele potrzeba było do szczęścia. Wystarczył cały dzień spędzony na grze w piłkę z kolegami, w międzyczasie czerwona oranżada z butelki a wieczorem "Bolek i Lolek", "Reksio" albo "Pszczółka Maja". A raz od wielkiego święta - film, na przykład: "Niekończąca się historia". Każde dziecko chciało iść na to do kina. Pamiętam rekordowo długie kolejki do kas w kinie "Kosmos". Dziewczynki kochały się w Atreju, a chłopcy chcieli podróżować na latającym psie. W telewizji często leciał klip "The Neverending Story" Limahla, który wzmagał apetyt na obejrzenie filmu. A jak już ktoś obejrzał w kinie, to przeżywał ekstazę. I szedł drugi raz, a potem kolejny i jeszcze następny. Byli tacy, co obejrzeli niektóre tytuły w kinie po kilkanaście razy. Dzisiaj-nie do pomyślenia. To kolejny dowód na to jak inne to były czasy. Wtedy niedosyt, który wzmagał apetyt. Teraz przesyt i to taki, że na nic się nie ma większej ochoty.
       
      
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      środa, 30 października 2013 10:15
  • niedziela, 27 października 2013
    • Mietek Fogg na pikniku przedszkolaka!

      The Soundtrack Of My Life...Mietek Fogg na pikniku przedszkolaka. Brzmi surrealistycznie, ale pięknie zabrzmiała ta muzyka w te jesiennie kolorowe, słoneczne przedpołudnie. Kogoś musiało natchnąć, żeby umieścić to na playliście takiej imprezy. Trudno teraz o bardziej anachroniczną muzykę a jednak w plenerze brzmi znakomicie i sama z siebie tworzy wyjątkową atmosferę. Ja należę do pokolenia,  które Mieczysława Fogga kojarzy z programu "Koncert życzeń" nadawanego w niedzielne przedpołudnie w TVP 1 w latach osiemdziesìątych. Puszczali wtedy piosenki eleganckiego dziadunia po życzeniach dla par świętujących przynajmniej złote gody. I jakoś te dźwięki w głowie się przechowały. Kilka lat temu kupiłem sobie składankę i tak  leciało to sobie po kilka razy dziennie w czasie, gdy malowałem mieszkanie. Kładłem więc kolejne warstwy farby a muzyka przenosiła mnie w przedwojenny czas do świata, którego już nie ma, świata w którym nasi pradziadkowie przeżywali swoją młodość zupełnie inną od naszej a jednak z takimi samymi pragnieniami i tęsknotami. Jeśli jeszcze macie pradziadków, albo dziadków urodzonych przed wojną, zapytajcie ich o to, jakiej muzyki się słuchało, na co chodziło do kina, co się robiło po szkole lub po pracy, jak smakowało przedwojenne wino i słodycze. Przechowajcie te opowieści w waszej pamięci a w ten sposób ocalicie, choć mignięcia tamtych czasów. Wtedy też zrozumiecie o czym śpiewał Mietek Fogg. A zatem, muzyka-Władysław Szpilman, słowa- Ludwik Starski, absolutny klasyk polskiej piosenki, który przywołuje pamięć o czasach i wartościach, które warto ocalić od zapomnienia.
       
      
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 października 2013 23:04
  • sobota, 19 października 2013
    • I hate everything about you...

      The Soundtrack Of My Life...gdy miałem 16 lat. Szalała wtedy grungowa zawierucha i każdy gitarowy debiut nawiązujący choć trochę do tego, co grali w Seattle miał spore szanse na sukces. I oto wiosna 1992 przynosi debiut Ugly Kid Joe. Singlowe 'Everything About You' to prawdziwy killer. Utwór tak zły, że aż znakomity.  Czego tu nie ma: bezczelny, chwytliwy riff, knajpiane klawisze, cudownie wieśniacka solówka, rapowe i jazzowe wstawki wokalisty, bluesowe zagrywki. A wszystko to zagrane z takim wykopem i jajem, że brzmi lepiej niż tysiące 'poważnych', nadętych rockowych numerów. Gdyby debiutowali teraz pewno byliby objawieniem, a tak jesteśmy skazani na Arctic Monkeys i setki podobnych kapel, które choć też wtórne i w sumie fajne, to jednak nie dają takiego funu ze słuchania. Młodzieży, co lubi czad i chce się przekonać, co znaczy prawdziwa i niczym niezmącona radość z grania, zamiast po raz tysięczny katować 'Smoke On The Water' czy 'Enter Sandman', nauczcie się grać 'Everything About You' a wtedy ubaw gwarantowany. Muzyka może wtórna i wsteczniacka a zespół nieistotny, ale pokażcie mi rasowego rockera, który skuteczniej poprawia humor.
       
      
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      sobota, 19 października 2013 22:29
  • sobota, 12 października 2013
    • The Best Of Prog Rock

      The Soundtrack Of My Life...Queensryche. Tego słucham ostatnio namiętnie. Dwie genialne płyty 'Operation:Mindcrime'(1988) i 'Empire'(1990) zawierają więcej znakomitych kompozycji niż kebab z Wernyhory mięsa. Jeśli komuś krew szybciej krąży przy dwóch gitarach grających unisono i lubi nieco bardziej skomplikowane kompozycje, muzyka Queensryche z tego okresu dostarczy mu wielu niesamowitych wrażeń. 'Another Rainy Night' ma smakowity otwierający riff, melodyjną solówkę i popis wokalny Geoffa Tate. To najlepsze czego można oczekiwać od prog rocka. Jeśli przy pomocy dwóch gitar, basu, bębnów i wokalu można tworzyć piękno, to Queensryche w swoim najlepszym okresie zbliżyli się w tej estetyce do ideału.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      sobota, 12 października 2013 20:35
  • sobota, 05 października 2013
    • This Is Hardcore!

      The Soundtrack Of My Life... Po ostatnim odcinku (słynny kwartet z Wysp), aż się chce zapodać surowe gitarowe mięcho. Kto zna Helmet?- ręka do góry! Nie widzę. No to trzeba nadrobić braki. To przecież oni wypromowali hardcore (słówko i gatunek muzyki). Na początku lat 90 okazało się, że czapka z daszkiem na głowie nie przeszkadza w robieniu sensownej gitarowej muzyki. Helmet miał prawie wszystko: riffy ostre jak brzytwa i ciężkie jak pięść Tysona, sekcję rytmiczną niczym silnik Diesla, równe kompozycje i niegłupie teksty. Niestety talentu starczyło na jeden naprawdę cenny wystrzał-płytę 'Meantime' z 1992 roku. Potem było już różnie. Jak mi się krew gotowała, słuchałem tego na zmianę z Rage Against The Machine. Teraz jestem za stary i zbyt wybredny na jedno i na drugie. Ale jak sobie czasem włączę, to głowa się sama kiwa i nóżka też chodzi.
       
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      karolpietrzyk1976
      Czas publikacji:
      sobota, 05 października 2013 22:29

Tagi

Zakładki

  • Http://autystyczni.blox.pl/html

  • Http://rafalstec.blox.pl/html

  • Https://www.facebook.com/pages/Stowarzyszenie-Rodzice-dla-Szczecina/201741846620437

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa